Do książki podeszłam z pewną rezerwą. Po pierwsze, znałam już wcześniej styl Shutego i wiedziałam mniej więcej, czego się spodziewać. Liczyłam na zbiór antykonsumpcyjnych opowiadań w nieco przesadzonej formie. Po drugie, należę do malkontentów, narzekających na stan współczesnej literatury polskiej. Co nie oznacza oczywiście, że jej nie lubię, a już na pewno – że jej nie czytam.
Jeśli chodzi o moje przewidywania, to można powiedzieć, że się nie rozczarowałam. Zbiór kilkudziesięciu opowiadań Shutego składa się na obraz typowego Polaka, czy raczej: osobnika, którego jako typowego chce nam przedstawić Autor. Sceneria poszczególnych zdarzeń to szare blokowiska, zaś bohaterowie są przeważnie przedstawicielami środowiska małomiasteczkowego czy wręcz dresiarskiego. Wszystko jest tu brudne, jednostajne i bylejakie. Dlatego właśnie sąsiedzi tak bardzo interesują się życiem tych zza ściany – oczywiście we wredny, zawistny sposób. Pan Heniek, poproszony przez młodych małżonków mieszkających w tej samej klatce o podlewanie kwiatków podczas ich urlopu, penetruje dokładnie mieszkanie, korzysta z barku i onanizuje się w cudzej łazience, by wróciwszy do siebie opisać przed żoną mieszkanie sąsiadów jako miejsce, gdzie “wcale tak dobrze nie ma jak u nich”. Pan Gienek usiłuje namówić za wszelką cenę mieszkających w okolicy chłopców do odwiedzin w jego mieszkaniu, dość niezgrabni ukrywając pedofilskie skłonności. Pani Tańculowa to starsza pani z klasycznego gatuku pod tytułem “młodzież jest zła”, natomiast sąsiedzi Jurka i Magdy cieszą się, że młode małżeństwo nareszcie doczekali się potomka, bo będzie na kogo wrzeszczeć.
Po przeszło dwustu pięćdziesięciu stronach tekstu odnosi się wrażenie, że w świecie Shutego ktoś taki jak bohater pozytywny nie istnieje, chyba że przyznamy ten status biednym żonom, tłamszonym przez chamskich współmałżonków. Bluzgi, pijaństwo i perwersje są tu na porządku dziennym. Ciężko tu jednak mówić o jakiejś goryczy czy sprzeciwie wobec rzeczywistości: autor ogranicza się do relacji, jego stanowisko jest absolutnie pozbawione cech emocjonalnych, działa niczym ukryta kamera (skądinąd bohaterka jednego z opowiadań).
W dwóch opowiadaniach Shuty poddał się popularnej chyba tendencji do korzystania z elementów science-fiction, jednak opowiadanie o kosmitach przybywających na ziemię w misji rzekomo pokojowej wydaje się nienaturalne i jakby “na siłę”, natomiast opowieść o pizzerii oferującej gorące kobiety-chyba-maszyny jako dodatek do swojego produktu jest raczej niejasne i zbyt zagmatwane, by mogło się naprawdę podobać.
Na niewątpliwą uwagę zasługują dwie pozycje: Ewolucja i Miejski kraul. Pierwsza stanowi bardzo dowcipną opowieść o człowieku, kończącym zawodowe kursy wykształające kreatywność, zdolności negocjacyjne, umiejętność pracy w zespole i inne tego typu umiejętności. Bohater został tu ukazany jakby poprzez dwa pryzmaty: za pośrednictwem jednego widzimy niewątpliwie rozwijającego się na rynku pracy człowieka, poprzez drugi zaś – małpkę, która uczy się w zoo kolejnych sztuczek, pozwalających jej nawiązać lepszy kontakt z odwiedzającą zoo publicznością.
Miejski kraul to opowieść o mieście brzydkim i nijakim, przy czym język opowiadania utrzymany jest w konwencji czytanek znanych nam wszystkim z wypisów do pierwszej klasy podstawówki. Shuty ukazuje społeczność mieściny w sposób ironiczny i bezwzględny, posługując się językiem dziecięcych podręczników
Mimo kilku mocnych punktów książka mnie nie porwała – jest raczej nierówna, przechodzi od banału, poprzez przeciętność, aż do zaledwie kilku naprawdę wartych uwagi opowiadań. Niemniej z pewnością chętnie sięgnę po kolejnego Shutego, jako że – mimo iż w Biblionetce dałam 3 – jakoś go lubię.
No cóz, ja po wyczynach literackich Maślanki w ‘Bidulu’ dałem sobie na długo spokój z najnowszą prozą polską. Tą recenzją nie przekonałaś mnie do zmiany decyzji
komentarz - autor: infrared — wrzesień 28, 2006 @ 8:39 am