Moje odczucia co do prozy Stasiuka były do tej pory mocno mieszane. Muszę się przyznać, że do znawców jego twórczości nie należę. W przeszłości sięgałam po jego książki dwukrotnie. Najpierw był to Biały kruk, który mimo iż “moją” książką ewidentnie nie był, podobał się. Potem – nagrodzone w ubiegłym roku Nagrodą NIKE Jadąc do Badadag, które było dla mnie kompletnym rozczarowaniem a nawet pewną męką, jako że wzięłam tę książkę w charakterze powieści podróżnej do jadącego przez ponad pięć godzin pociągu z Krakowa do Lublina. To nie mogło się dobrze skończyć. Książka mi się nie podobała, choć muszę przyznać, że sporą rolę odegrał tu brak moich kompetencji w zakresie myślicieli i twórców literatury Europy wschodniej, czy raczej południowo-wschodniej, jak również dość mierna wówczas znajomość tych krajów (zwłaszcza biorąc pod uwagę zamiłowanie Stasiuka do prowincji).
Nie byłam pewna, jak powinnam podejść do Fado. Po pobieżnym przejrzeniu książki w księgarni miałam wrażenie, iż mam do czynienia jakby z kontunuacją Jadąc do… . Dlatego nie umiem wytłumaczyć, dlaczego ją kupiłam. Bo niby nowość, bo niby Stasiuk, bo niby powinnam być z tą literaturą na bieżąco, ale ostatecznie ja naprawdę mam co czytać o mogłabym z czystym sumieniem sięgnąć po coś innego.
Co mogę na temat Fado napisać teraz, gdy jestem już “po”? Przede wszystkim: warto było, choć zaczęłam to odkrywać około pięćdziesiątej strony. Po kilku rozdziałach dotyczących Rumunii, Słowacji, Węgier itd. (przyjętych przeze mnie dośc obojętnie) krótkie rozdziały, czy może raczej: eseje, zaczęły z wolna przechodzić w on bardziej osobisty. Teren rozważań Stasiuka przeniósł się na grunt polski, w dodatku często cofał się o te kilka, kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat, pozwalając Autorowi na swego rodzaju podróż sentymetalną w czasy, w których się mówi “dawniej to inaczej bywało”. Spomiędzy rozdziałów wylewa się nostalgia za odległym dzieciństwem z wakacjami spędzanymi u dziadków na wsi gdzieś na wschodnie Polski, gdzie indziej z kolei odbywamy spacer po galicyjskich cmentarzach w atmosferze rozważań o Zaduszkach, jako jednym z trzech ważnych w Polsce świąt, a przy tym, zdaniem Autora, najbardziej autentycznym, pozbawionym elementu komercji i zredukowanym do funkcji pustego rodzinnego obrzędu. Przemijanie czasu odczuwamy przy okazji rozważań o dorastającej córce pisarza czy o… banknotach, które Stasiuk pamięta z dzieciństwa. Okazuje się, że z prostych, charakterystycznych obrazków bądź wizerunków umieszczanych na papierowych pieniądzach można wysnuć kawałek historii, światopoglądy, idee. W książce znajduje też swoje miejsce rozważanie o Janie Pawle II, pisane z punktu widzenia człowieka, który, stojąc niejako z boku religii, wspomina papieża-Polaka z sentymentem, w którym nie ma miejsca na wyścig pomników i ulic imienia JPII.
Fado to książka, którą – gdy się w nią już wgryzłam – chciało mi się czytać. Strony zapełnione słowami, które pachną dawnością i płynącym z przeszłości do dziś czasem, były czymś w rodzaju odprężenia. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt tegorocznej NIKE, której laureatkę poznaliśmy kilka dni temu.