Naprawdę, z trudem przyjdzie mi pisać recenzję książki, która ani mi się nie podobała, ani której nawet nie chciałam za bardzo czytać – sięgnęłam, bo Masłowska dostała Nike, a że nie byłam jakoś do tego faktu przekonana, postanowiłam przeczytać i sama zdecydować, czy dobrze się stało, czy źle.
Mój werdykt: stało się źle. Bo to nie chodzi o to, że Masłowska tę nagrodę dostała, ani o to, że książka jest kiepska. Przerażające jest to, że, zgodnie z opinią jury, nie było niczego lepszego. Z tym ostatnim akurat nie do końca się zgadzam, lepsze w moim przekonaniu było chociażby Lubiewo.
O czym właściwie jest Paw królowej? Najgorsze, że tak naprawde – o niczym. Albo prawie o niczym. Książka zawiera kilka opowiadań powiązanych ze sobą postacią Retro Stanisława – sztucznie promowanego piosenkarza klasy B o opinii homoseksualisty i masona oraz Doroty Masłowskiej – pisarki o przebrzmiałej sławie, zaszytej z dzieckiem gdzieś na warszawskiej Pradze. Bohaterom nie udaje się dokładnie wszystko – Retro, czekający w swoim niespłaconym mieszkaniu na poprawę losu, jego doradca medialny Szymon, któremu nie wiedzie się zarówno w życiu osobistym jak i zawodowym, bohaterki kobiece, z których jedna jest brzydka (twarz świni, ciało psa), druga jest niespełniona poetką – lingwistką, trzecia zaś pracuje w piekarni i jest “prostą z ludu dziewczyną”. Poczynania bohaterów wydają się beznadziejne i prawie bez sensu. Anna Przesik nie wiedzieć czemu chodzi w majtkach z nadrukowanym dniem tygodnia, Retro śpiewa po angielsku teksty napisane przez kogoś innego, których nawet nie rozumie, towarem medialnym staje się padaczka na scenie w wykonaniu słynnego zespołu “Konie” – wszystko tu jest karukaturą do granic możliwości, a może i poza nie. Tekst do pewnego momentu utrzymany jest rytmie hip-hopu, są rymy z gatunku tych “za wszelką cenę”. Jest też całe mnóstwo błędów stylistycznych i gramatycznych, które, jak twierdzi autorka, są zupełnie celowe. Co jakiś czas jesteśmy uświadamiani o tym, że książka jest beznadziejna, a osoba, która ją napisała – kompletnie pozbawiona talentu. Naprawdę, po stu pięćdziesięciu stronach tekstu nawet ci, którzy początkowo mieli wątpliwości – muszą w to uwierzyć.
Mimo niewątpliwych walorów językowych, książka nie podobała mi się w ogóle. Nie mam nic przeciwko literaturze vomitu, o ile jest to dobrze zrobione. W książce Masłowskiej wszystko pasuje do siebie jak pięść do nosa. Nie mówiąc już o tym, że tekst jest nierówny, tak jakby autorka pisała to z doskoku i przy założeniu, że pomysł miała tylko na początku. Stopniowo bowiem poziom zabaw lingwistycznych opada, ton z ostrego i wulgarnego przechodzi w bylejaki, a czytelnik ma ochotę jak najszybciej zamknąć ostatnią stronę.
Moja ocena w Biblionetce – 2.
Czyli nic nie straciłem? Skąd ja to wiedziałem
Comment - autor: redinfra — październik 19, 2006 @ 10:37 am
Hm, zawsze zastanawiało mnie jak to się dzieje,
że “Puszki zupy campbell” są dziełem sztuki.
Oraz, znacznie bardziej, czy autorzy “dzieł” wierzą że tworzą sztukę, czy po prostu dobrze się bawią tworząc “byle co”, nad czym potem inni się będą zachwycać. Jeśli o to chodziło,
to się Masłowskiej naprawdę udało. Jeśli nie, no to cóż…..
Comment - autor: QNeX — październik 20, 2006 @ 2:42 pm