Je suis

październik 18, 2006

Paw królowej (D. Masłowska)

Zaszufladkowany do: Nowa proza polska — marczewska @ 3:16 pm

Naprawdę, z trudem przyjdzie mi pisać recenzję książki, która ani mi się nie podobała, ani której nawet nie chciałam za bardzo czytać – sięgnęłam, bo Masłowska dostała Nike, a że nie byłam jakoś do tego faktu przekonana, postanowiłam przeczytać i sama zdecydować, czy dobrze się stało, czy źle.

Mój werdykt: stało się źle. Bo to nie chodzi o to, że Masłowska tę nagrodę dostała, ani o to, że książka jest kiepska. Przerażające jest to, że, zgodnie z opinią jury, nie było niczego lepszego. Z tym ostatnim akurat nie do końca się zgadzam, lepsze w moim przekonaniu było chociażby Lubiewo.

O czym właściwie jest Paw królowej? Najgorsze, że tak naprawde – o niczym. Albo prawie o niczym. Książka zawiera kilka opowiadań powiązanych ze sobą postacią Retro Stanisława – sztucznie promowanego piosenkarza klasy B o opinii homoseksualisty i masona oraz Doroty Masłowskiej – pisarki o przebrzmiałej sławie, zaszytej z dzieckiem gdzieś na warszawskiej Pradze. Bohaterom nie udaje się dokładnie wszystko – Retro, czekający w swoim niespłaconym mieszkaniu na poprawę losu, jego doradca medialny Szymon, któremu nie wiedzie się zarówno w życiu osobistym jak i zawodowym, bohaterki kobiece, z których jedna jest brzydka (twarz świni, ciało psa), druga jest niespełniona poetką – lingwistką, trzecia zaś pracuje w piekarni i jest “prostą z ludu dziewczyną”. Poczynania bohaterów wydają się beznadziejne i prawie bez sensu. Anna Przesik nie wiedzieć czemu chodzi w majtkach z nadrukowanym dniem tygodnia, Retro śpiewa po angielsku teksty napisane przez kogoś innego, których nawet nie rozumie, towarem medialnym staje się padaczka na scenie w wykonaniu słynnego zespołu “Konie” – wszystko tu jest karukaturą do granic możliwości, a może i poza nie. Tekst do pewnego momentu utrzymany jest rytmie hip-hopu, są rymy z gatunku tych “za wszelką cenę”. Jest też całe mnóstwo błędów stylistycznych i gramatycznych, które, jak twierdzi autorka, są zupełnie celowe. Co jakiś czas jesteśmy uświadamiani o tym, że książka jest beznadziejna, a osoba, która ją napisała – kompletnie pozbawiona talentu. Naprawdę, po stu pięćdziesięciu stronach tekstu nawet ci, którzy początkowo mieli wątpliwości – muszą w to uwierzyć.

Mimo niewątpliwych walorów językowych, książka nie podobała mi się w ogóle. Nie mam nic przeciwko literaturze vomitu, o ile jest to dobrze zrobione. W książce Masłowskiej wszystko pasuje do siebie jak pięść do nosa. Nie mówiąc już o tym, że tekst jest nierówny, tak jakby autorka pisała to z doskoku i przy założeniu, że pomysł miała tylko na początku. Stopniowo bowiem poziom zabaw lingwistycznych opada, ton z ostrego i wulgarnego przechodzi w bylejaki, a czytelnik ma ochotę jak najszybciej zamknąć ostatnią stronę.

Moja ocena w Biblionetce – 2.

2 komentarzy »

  1. Czyli nic nie straciłem? Skąd ja to wiedziałem :)

    Comment - autor: redinfra — październik 19, 2006 @ 10:37 am

  2. Hm, zawsze zastanawiało mnie jak to się dzieje,
    że “Puszki zupy campbell” są dziełem sztuki. ;)
    Oraz, znacznie bardziej, czy autorzy “dzieł” wierzą że tworzą sztukę, czy po prostu dobrze się bawią tworząc “byle co”, nad czym potem inni się będą zachwycać. Jeśli o to chodziło,
    to się Masłowskiej naprawdę udało. Jeśli nie, no to cóż…..

    Comment - autor: QNeX — październik 20, 2006 @ 2:42 pm


Kanał RSS z komentarzami do tego wpisu. Adres TrackBack

Dodaj komentarz

Blog na WordPress.com.