Do przeczytania Soli ziemi skłonił mnie lekturowy obowiązek. Książkę tę znałam od dawna: odkąd sięgam pamięcią stała na półce jako część składowa księgozbioru rodziców. Po wielu latach tego platonicznego związku sięgnęłam i… nie żałuję.
Przenieśmy się w początki dwudziestego stulecia, w zróżnicowane realia dumnego cesarstwa Austrii i Węgier, prowadzonego poprzez karty historii osobą i legendą Franciszka Józefa. Za teren naszych obserwacji obierzmy skrawek ziem podlegających owej monarchii – Huculszczyznę zamieszkaną przez prostych, ukraińskich chłopów, wśród których umiejętność czytania zalicza się do zbytków, a nawet wynalazków szatana. Spójrzmy teraz na kalendarz i dostrzeźmy owych chłopów, a szczególnie jednego – Piotra Niewiadomskiego – przez pryzmat czasów, w jakich przyszło im żyć. W obliczu mobilizacji, w pierwszych tygodniach wojny światowej w roku 1914, Hucuł – analfabeta to postać odbiegająca od naszych wyobrażeń o bohaterze swoich czasów. A jednak to on, wraz z rzeszą sobie podobnych chodzi w skład ogromnej, cesarsko-królewskiej armii, której bagnety wymierzone mają być w znajdujących się po przeciwnej stronie barykady Rosjan.
Książka, opisująca przede wszystkim reakcje Piotra i jego przygotowania do wyruszenia na wojnę jest niewątpliwie klimatyczna. Spokojna, pozbawiona patosu, za to do bólu realna, przywodzi na myśl prozę Rotha (skądinąd przyjaciela Józefa Wittlina). Czyta się dobrze; pozwala odpłynąć ze współczesnego świata i zasmakować klimatu cesarsko-królewskiego.
Ocena w Biblionetce: 5.