Okazuje się, że Pratchett to autor nie tylko książek, przy których można boki zrywać. Czytając Piramidy od razu zauważamy zmianę stylu – wszystko jest tu jakby bardziej serio, akcenty humorystyczne zostały zdecydowanie przesunięte, wysuwając na plan pierwszy konkretną, spójną i dość poważną opowieść. Czy książka ta jest trochę inna “tak po prostu”, czy może jej styl, tak bardzo w porównaniu z innymi tomami cyklu, to element tworzący świat przedstawiony utworu?
Tym razem Autor przenosi nas do pustynnej krainy Djelibejbi (dosłownie: Dziecię Djel, jak informują przypisy), do złudzenia przypominającej cywilizację starożytnego Egiptu, tak z zewnątrz (piaski i piramidy), jak i od środka, z uwzględnieniem problemu władzy, którą rzekomo sprawuje król i bóg w jednej osobie, w rzeczywistości zaś – przebiegły i szalony najwyższy kapłan. Opowieść o młodym monarsze, który swą młodość spędził w szkole dla skrytobójców, duchu jego ojca, który sprzeciwia się budowom kolejnych piramid (na które państwa nawet nie stać), wreszcie gigantycznym grobowcu, powodującym dość poważne zawirowania czterech wymiarów kończy się jak zwykle dobrze, a mimo nieco mniej humarystycznej formy Autora nadal nie da się pomylić z żadnym innym.
Moja ocena w Biblionetce – 4.