Je suis

Kwiecień 10, 2007

Sól ziemi (J. Wittlin)

Filed under: Proza XX wieku — marczewska @ 5:05 pm

Do przeczytania Soli ziemi skłonił mnie lekturowy obowiązek. Książkę tę znałam od dawna: odkąd sięgam pamięcią stała na półce jako część składowa księgozbioru rodziców. Po wielu latach tego platonicznego związku sięgnęłam i… nie żałuję.

Przenieśmy się w początki dwudziestego stulecia, w zróżnicowane realia dumnego cesarstwa Austrii i Węgier, prowadzonego poprzez karty historii osobą i legendą Franciszka Józefa. Za teren naszych obserwacji obierzmy skrawek ziem podlegających owej monarchii – Huculszczyznę zamieszkaną przez prostych, ukraińskich chłopów, wśród których umiejętność czytania zalicza się do zbytków, a nawet wynalazków szatana. Spójrzmy teraz na kalendarz i dostrzeźmy owych chłopów, a szczególnie jednego – Piotra Niewiadomskiego – przez pryzmat czasów, w jakich przyszło im żyć. W obliczu mobilizacji, w pierwszych tygodniach wojny światowej w roku 1914, Hucuł – analfabeta to postać odbiegająca od naszych wyobrażeń o bohaterze swoich czasów. A jednak to on, wraz z rzeszą sobie podobnych chodzi w skład ogromnej, cesarsko-królewskiej armii, której bagnety wymierzone mają być w znajdujących się po przeciwnej stronie barykady Rosjan.

Książka, opisująca przede wszystkim reakcje Piotra i jego przygotowania do wyruszenia na wojnę jest niewątpliwie klimatyczna. Spokojna, pozbawiona patosu, za to do bólu realna, przywodzi na myśl prozę Rotha (skądinąd przyjaciela Józefa Wittlina). Czyta się dobrze; pozwala odpłynąć ze współczesnego świata i zasmakować klimatu cesarsko-królewskiego.

Ocena w Biblionetce: 5.

Reklamy

Marzec 26, 2007

Pachnidło (P.Sueskind)

Filed under: Klasyka obca,Proza XX wieku — marczewska @ 11:11 pm

Gdyby ktoś zapytał mnie wprost, czego się spodziewałam sięgając po „Pachnidło”, zapewne ciężko byłoby mi odpowiedzieć jednoznacznie. Wiem tylko, że spodziewałam się dobrej książki. Po przeczytaniu licznych, pozytywnych relacji w Sieci, jak również kierowana tym, iż na UJ książka ta była przerabiana w ramach przedmiotu „Arcydzieła literatury światowej” (program na ten rok objął bodajże osiem książek, w tym wspomnianą tu), sądziłam, iż przeczytam coś naprawdę wartego zainteresowania.

Niech miarą mojego rozczarowania będzie fakt, iż książkę tę czytałam około dwóch tygodni, czasem zaledwie po kilka stron dziennie.

Zacznijmy od początku. Autorem jest Patrick Sueskind, Niemiec. Tymczasem akcja powieści rozgywa się we Francji, w tym w dużej mierze w Paryżu. Jakkolwiek nie chcę negować możliwości, aby Niemiec pisał o Francji, muszę z ubolewaniem stwierdzić, iż tym razem sprawa nie zdała egzaminu. Paryż Sueskinda nie ma nic wspólnego ze stolicą Francji jaka wyłania się spod pióra Victora Hugo, Julio Cortazara czy nawet polskich autorów, tak przejmująco oddających klimat Paryża (wymóg ten spełnia tak poetka Julia Hartwig jak i znana wszystkim współczesnym Manuela Gretkowska). Powiem więcej: Paryż rodem z „Pachnidła” jest dla mnie wytworem zupełnie sztucznym, pozbawionym jakiejkolwiek atmosfery miejscem, która poza nazwą, smrodem i grupą bohaterów (z których większość ginie w sposób co najmniej bezsensowny) nie zawiera kompletnie niczego.

Bohater powieści, młody Jan Baptysta Grenouille to postać prowadzona przez autora co najmniej niekonsekwentnie. Skazany przez swojego twórcę na życie we własnym świecie, obdarzony niesamowitym węchem młodzieniec żyje marzeniami o zapachach. Gustuje nie tylko w tych pięknych: destylacji pragnie poddawać tak kwiaty, jak i surowce typu metal czy szkło. Według książki nie jest osobą inteligentną: jest dość ograniczony, ma problemy z mówieniem spowodowane niezwykle ubogim zasobem słów, którymi może się posługiwać. Nie przeszkadza mu to jednak najwyraźniej w snuciu intryg i popełnianiu mordów doskonałych, jak również dokonywaniu istotnych odkryć w kwestii produkcji perfum.
Również wątki akcji dotyczące życia Jana Baptysty nie są do końca jasne. W pewnym momencie bohater wyrusza w świat i na siedem lat osiada w skalnej grocie, z dala od budzącej w nim odrazę ludzkiej cywilizacji. Po co i dlaczego to właściwie robi – ciężko powiedzieć. Argument, że pragnął samotności, wygląda dość marnie w zestawieniu z jego poprzednią rządzą zdobywania zapachów i zniewolenia przez zapach młodej, zamordowanej dziewczyny. Obraz zapuszczonego mężczyzny, który przez siedem lat nie zdejmował z siebie ubrania wygląda nieco komicznie i każe się zastanawiać, czy autor na pewno wszystko do końca przemyślał.

Jedno jest pewne: przy kreowaniu głównej postaci w autorze musiały dość silnie pobrzmiewać echa „Katedry Marii Panny w Paryżu” autorstwa Victora Hugo. Grenouille to tak naprawdę inne wcielenie Quasimodo, może nieco okrutniejsze, choć tak naprawdę trudno powiedzeć, że Jan Baptysta to człowiek zły. Jest raczej osobą zamkniętą w swoim świecie, poddaną wyłącznie swoim własnym prawom. Wynika z tego dość dobre zakończenie książki: pojawia się tu wreszcie konkretna intryga, fabuła trzyma się kupy, a czytelnik zastanawia się, co będzie dalej. Sueskind na ostatnich kartach książki zdążył pozytywnie wykorzystać swój w końcu niezły pomysł na powieść.

Na kartach „Pachnidła” uderza narracja. To, co przeważa, to fakt, że brak jej jakichkolwiek cech wyjątkowych. Tym niezdarniej wyglądają na tym tle próby stylizacji języka (np. na język biblijny we fragmencie o jaskini w górze, gdzie zamieszkał bohater). Czasem drażni składnia, zdania bezsensownie długie, nie służące absolutnie żadnemu zabiegowi artystycznemu.

Nie polecam nikomu „Pachnidła”. Zrobią to za mnie dziesiątki internetowych wypowiedzi i pozytywne oceny czytelników.

Ocena w Biblionetce: 2.

Luty 27, 2007

„Ostatnia wieczerza (P.Huelle)

Filed under: Nowa proza polska — marczewska @ 11:32 pm

„Ostatnia wieczerza” Pawła Huelle zaskoczyła czytelników gdańskiego prozaika przyzwyczajonych do jego nostalgicznej prozy, zanurzonej w Gdańsku dawnych lat. Tym razem nie mamy do czynienia ze scenerią miasta, do którego mógł tęsknić sam autor (jak zostało ono ukazane w zbiorze opowiadań „Byłem samotny i szczęśliwy”), czy też z Gdańskiem jeszcze odleglejszym w perspektywie czasu, tym z początku XX wieku, do którego Huelle sięgnął pod pretekstem nawiązania do Hansa Castorpa, bohatera „Czarodziejskiej góry” Tomasza Manna („Castorp”). Zaskoczeniu nie powinno jednak towarzyszyć uczucie rozczarowania.

Paweł Huelle, który podczas warszawskiej promocji książki zadeklarował, iż napisał wreszcie powieść współczesną, rozwinął skrzydła szerzej niż mogliśmy przypuszczać. Oddał w nasze ręce powieść dobrą i skończoną, wielowątkową i ironiczną.

Bohaterowie to grupa znajomych, których łączy wspólnie spędzona młodość oraz przedsięwzięcie. Podjąć się go mają akurat w dniu, gdy toczy się akcja powieści: chodzi o sesję fotograficzną, mającą posłużyć do stworzenia wzoru dla artysty, noszącego się z zamiarem namalowania tytułowej Ostatniej Wieczerzy. Ludzie ci wywodzą się z różnych środowisk: mamy tu lekarza, homoseksualistę, artystę, a także cierpiącego na seksoholizm biznesmena. Na powieści ciąży również duch księdza Monsignore, rozkochanego w bogactwie duchownego-antysemity, który produkuje wino własnej marki i tłumaczy się, że jeździ mercedesem, ponieważ nie znosi tandety. Życie bohaterów, ukazane przez pryzmat owego jednego dnia, nie wygląda na proste. Do ich codziennych problemów należą m.in. regularnie dokonywane zamachy w sklepach monopolowych (przypisuje się je środowiskom islamskim). Miejscem akcji jest oczywiście Trójmiasto, choć autor nie nazywa rzeczy po imieniu. Architektura nadmorskich miejscowości nieco się jednak zmieniła: obok kościołów stanęły meczety, jedną z prężnie działających uczelni jest Wolny Uniwersytet, który jest szkołą islamską, zaś główna arteria miasta, zazwyczaj zakorkowana, nosi dumną nazwę Alei Kaczyńskich. Mimo tak poważnych zmian, trudno mówić o książce Huelle jako o powieści science-fiction. Świat, który opisuje, jest nam mimo wszystko bliski, o czym świadczą tak opisy sytuacji, w których nie można się doszukać np. przejawów nieznanej nam jeszcze techniki, jak i wspomnienia postaci, wynika z nich bowiem, iż czasy stanu wojennego nie należą jeszcze do zamierzchłych.

W powieści panuje swego rodzaju chaos, spowodowany tak przedstawianymi wydarzeniami (zamachy, korki, koszmary senne, które dręczą bohaterów), jak i prowadzeniem narracji. Obok właściwego toku powieści, ukazującego losy bohaterów, mamy liczne wątki poboczne, z których najbardziej rozbudowanym jest opowieść o wędrówkach po Ziemi Świętej Davida Robertsa (dziewiętnastowiecznego szkockiego malarza).

Na pytanie, o czym jest właściwie ta książka, zaryzykowałabym odpowiedź, że bohaterką jest tu Sztuka. Inżynier wykłóca się z przyjaciółmi o istotę sztuki prawdziwej, reaguje agresywnie na malarzy, oskarżając ich o kicz. Wątek ten nawiązuje do autentycznej sytuacji, do której odwołał się Huelle: wernisażu Macieja Świeszewskiego, autora obrazu przedstawiającego Ostatnią Wieczerzę, którego oskarżono o kicz. Autor wystąpił zatem w obronie sztuki symbolicznej, intelektualnej, takiej, w którą trzeba się zagłębić, by odkryć drugie dno.

„Ostatnia Wieczerza” natchnęła mnie nadzieją. Nie lubię narzekać, ale z polską literaturą współczesną chyba nie dzieje się najlepiej. Nowa książka Pawła Huelle rozwiewa jednak obawy: mamy powieść na miarę naszych czasów. Co ciekawe, autor potrafił uczynić z tego jej atut.
Moja ocena w Biblionetce: 6.

Recenzja ukazała się również tu:

http://www.wiadomosci24.pl/artykul/ostatnia_wieczerza_20453.html

Luty 24, 2007

Człowiek, który biegnie przez las (M. Grzebalski)

Filed under: Nowa proza polska — marczewska @ 5:10 pm

Bywają czasem książki, przy których lekturze czytelnik zastanawia się, po co właściwie zostały napisane i wbrew sobie stawia pytania w stylu „co poeta miał na myśli”. Jakkolwiek trudno przypuszczać, by spod pióra jakiegokolwiek autora wyszła powieść bez jakiegokolwiek, nawet kiepskiego pomysłu, to jednak „Człowiek, który biegnie przez las” takie właśnie wrażenie pozostawia. Zbiór opowiadań, podobno debiutanckich, napisanych przez poznańskiego liryka to tak naprawdę niewiele więcej niż zestawienie zupełnie przypadkowych obrazów, dialogów czy scen. Nie jest to chyba jednak chaos zamierzony: czytelnik poszukuje w książce sensu, czując, że gdzieś on ma tu być, zaś winę za niemożność owego odnalezienia ciężko zrzucać na czytającego: powoduje to raczej nieudolność pisarza.

Jeśli ktoś ma jednak ochotę na zbiór niepowiązanych za bardzo ze sobą opowiadań, z których jedno opowiada o zbierającej grzyby rodzinie, inne o wymiotującym w łazience delikwencie, jeszcze inne o alkoholizującym się Mateuszu (to, zdaje się, jedyne opowiadanie w którym zostały zachowane związki przyczynowo-skutkowe), to oczywiście polecam. Moja ocena w biblionetce: zdecydowane 1.

Październik 23, 2006

Mendel Gdański, Miłosierdzie gminy (M. Konopnicka)

Filed under: Klasyka polska — marczewska @ 10:22 pm

Polonista musi zawsze liczyć się z koniecznością powracania do pewnych uznanych za kanon dzieł, nawet jeśli osobiście nie pała szczególnym zapałem do pewnych pozycji. Pozytywistyczna nowelistyka jest dla części uczniów koszmarem nudy, dla innych – błogim westchnieniem ulgi, jako że wszystkie te opowiadania są krótkie i proste.

Za każdym razem, gdy muszę przeczytać po raz kolejny coś w stylu Mendla Konopnickiej, cieszę się, że nie pracuję w szkole. O ile bowiem sama uprawiam aktywnie masochizm czytelniczy (książkę prawie zawsze czytam do końca, nawet jeśli potem daję jej w Biblionetce 1 lub 2), o tyle zmuszanie się do uprawiania go regularnie za pomocą tego samego narzędzia, zmieniając tylko raz w roku publikę, zakrawa już według mnie na perwersję. Dlatego wolę pozostawić kolejne przeczytanie Miłosierdzia gminy samej sobie i jak najszybciej poradzić sobie z dołem.

Wśród głośnych nazwisk pozytywizmu Konopnicka ze swoją twórczością wyróżnia się czymś, co określiłabym mianem największego okrucieństwa. Jej nowele uderzają w czuły punkt, jakim jest szacunek i swego rodzaju litość wobec starości. Mendel to stary Żyd, pracujący w pewnym mieście od dwudziestu siedmiu lat jako introligator. Przez przeszło ćwierć wieku wrósł w życie polskiego miasteczka, zna tu wszystkich swoich sąsiadów, sam również jest znany i lubiany. Tym większym paradoksem jest zwrócona również przeciwko niemu obława na Żydów, której ofiarą (na szczęście nie śmiertelną) jest wnuczek Mendla, brutalnie uderzony kamieniem w głowę. W opowiadaniu nikt wprawdzie nie ginie, ale jego stary bohater u kresu swych dni doświadcza potężnego rozczarowania miastem, które z całych sił ukochał.

W Miłosierdziu gminy idzie Konopnicka jeszcze dalej: ukazuje nam starego, zniedołężniałego tragarza, Kuntza Wunderli, przez pryzmat miejskiej „licytacji” żebraków, kandydatów do przyjęcia na posadę u mieszczan, co gmina organizująca całe przedsięwzięcie dodatkowo nagradza na drodze finansowej. Nowela jest w swej wymowie po prostu okrutna: stary zostaje wystawiony na pośmiewisko, ludzie karzą mu prezentować zęby i nogi, potem licytuje go jego własny syn, jednak gdy cena żądana od gminy schodzi poniżej pewnej kwoty, Kuntz dostaje sie znanemu z okrucieństwa Probstowi, który zaprzęga staruszka do swojego wozu z mlekiem, bo ciągnął go wraz z zaprzęgniętym obok psem.

Po takiej, na szczęście krótkiej lekturze, nawet na Masłowską patrzy się przychylniejszym wzrokiem.

Październik 18, 2006

Paw królowej (D. Masłowska)

Filed under: Nowa proza polska — marczewska @ 3:16 pm

Naprawdę, z trudem przyjdzie mi pisać recenzję książki, która ani mi się nie podobała, ani której nawet nie chciałam za bardzo czytać – sięgnęłam, bo Masłowska dostała Nike, a że nie byłam jakoś do tego faktu przekonana, postanowiłam przeczytać i sama zdecydować, czy dobrze się stało, czy źle.

Mój werdykt: stało się źle. Bo to nie chodzi o to, że Masłowska tę nagrodę dostała, ani o to, że książka jest kiepska. Przerażające jest to, że, zgodnie z opinią jury, nie było niczego lepszego. Z tym ostatnim akurat nie do końca się zgadzam, lepsze w moim przekonaniu było chociażby Lubiewo.

O czym właściwie jest Paw królowej? Najgorsze, że tak naprawde – o niczym. Albo prawie o niczym. Książka zawiera kilka opowiadań powiązanych ze sobą postacią Retro Stanisława – sztucznie promowanego piosenkarza klasy B o opinii homoseksualisty i masona oraz Doroty Masłowskiej – pisarki o przebrzmiałej sławie, zaszytej z dzieckiem gdzieś na warszawskiej Pradze. Bohaterom nie udaje się dokładnie wszystko – Retro, czekający w swoim niespłaconym mieszkaniu na poprawę losu, jego doradca medialny Szymon, któremu nie wiedzie się zarówno w życiu osobistym jak i zawodowym, bohaterki kobiece, z których jedna jest brzydka (twarz świni, ciało psa), druga jest niespełniona poetką – lingwistką, trzecia zaś pracuje w piekarni i jest „prostą z ludu dziewczyną”. Poczynania bohaterów wydają się beznadziejne i prawie bez sensu. Anna Przesik nie wiedzieć czemu chodzi w majtkach z nadrukowanym dniem tygodnia, Retro śpiewa po angielsku teksty napisane przez kogoś innego, których nawet nie rozumie, towarem medialnym staje się padaczka na scenie w wykonaniu słynnego zespołu „Konie” – wszystko tu jest karukaturą do granic możliwości, a może i poza nie. Tekst do pewnego momentu utrzymany jest rytmie hip-hopu, są rymy z gatunku tych „za wszelką cenę”. Jest też całe mnóstwo błędów stylistycznych i gramatycznych, które, jak twierdzi autorka, są zupełnie celowe. Co jakiś czas jesteśmy uświadamiani o tym, że książka jest beznadziejna, a osoba, która ją napisała – kompletnie pozbawiona talentu. Naprawdę, po stu pięćdziesięciu stronach tekstu nawet ci, którzy początkowo mieli wątpliwości – muszą w to uwierzyć.

Mimo niewątpliwych walorów językowych, książka nie podobała mi się w ogóle. Nie mam nic przeciwko literaturze vomitu, o ile jest to dobrze zrobione. W książce Masłowskiej wszystko pasuje do siebie jak pięść do nosa. Nie mówiąc już o tym, że tekst jest nierówny, tak jakby autorka pisała to z doskoku i przy założeniu, że pomysł miała tylko na początku. Stopniowo bowiem poziom zabaw lingwistycznych opada, ton z ostrego i wulgarnego przechodzi w bylejaki, a czytelnik ma ochotę jak najszybciej zamknąć ostatnią stronę.

Moja ocena w Biblionetce – 2.

Październik 3, 2006

Fado (A. Stasiuk)

Filed under: Nowa proza polska — marczewska @ 1:24 pm

Moje odczucia co do prozy Stasiuka były do tej pory mocno mieszane. Muszę się przyznać, że do znawców jego twórczości nie należę. W przeszłości sięgałam po jego książki dwukrotnie. Najpierw był to Biały kruk, który mimo iż „moją” książką ewidentnie nie był, podobał się. Potem – nagrodzone w ubiegłym roku Nagrodą NIKE Jadąc do Badadag, które było dla mnie kompletnym rozczarowaniem a nawet pewną męką, jako że wzięłam tę książkę w charakterze powieści podróżnej do jadącego przez ponad pięć godzin pociągu z Krakowa do Lublina. To nie mogło się dobrze skończyć. Książka mi się nie podobała, choć muszę przyznać, że sporą rolę odegrał tu brak moich kompetencji w zakresie myślicieli i twórców literatury Europy wschodniej, czy raczej południowo-wschodniej, jak również dość mierna wówczas znajomość tych krajów (zwłaszcza biorąc pod uwagę zamiłowanie Stasiuka do prowincji).

Nie byłam pewna, jak powinnam podejść do Fado. Po pobieżnym przejrzeniu książki w księgarni miałam wrażenie, iż mam do czynienia jakby z kontunuacją Jadąc do… . Dlatego nie umiem wytłumaczyć, dlaczego ją kupiłam. Bo niby nowość, bo niby Stasiuk, bo niby powinnam być z tą literaturą na bieżąco, ale ostatecznie ja naprawdę mam co czytać o mogłabym z czystym sumieniem sięgnąć po coś innego.

Co mogę na temat Fado napisać teraz, gdy jestem już „po”? Przede wszystkim: warto było, choć zaczęłam to odkrywać około pięćdziesiątej strony. Po kilku rozdziałach dotyczących Rumunii, Słowacji, Węgier itd. (przyjętych przeze mnie dośc obojętnie) krótkie rozdziały, czy może raczej: eseje, zaczęły z wolna przechodzić w on bardziej osobisty. Teren rozważań Stasiuka przeniósł się na grunt polski, w dodatku często cofał się o te kilka, kilkanaście, czy kilkadziesiąt lat, pozwalając Autorowi na swego rodzaju podróż sentymetalną w czasy, w których się mówi „dawniej to inaczej bywało”. Spomiędzy rozdziałów wylewa się nostalgia za odległym dzieciństwem z wakacjami spędzanymi u dziadków na wsi gdzieś na wschodnie Polski, gdzie indziej z kolei odbywamy spacer po galicyjskich cmentarzach w atmosferze rozważań o Zaduszkach, jako jednym z trzech ważnych w Polsce świąt, a przy tym, zdaniem Autora, najbardziej autentycznym, pozbawionym elementu komercji i zredukowanym do funkcji pustego rodzinnego obrzędu. Przemijanie czasu odczuwamy przy okazji rozważań o dorastającej córce pisarza czy o… banknotach, które Stasiuk pamięta z dzieciństwa. Okazuje się, że z prostych, charakterystycznych obrazków bądź wizerunków umieszczanych na papierowych pieniądzach można wysnuć kawałek historii, światopoglądy, idee. W książce znajduje też swoje miejsce rozważanie o Janie Pawle II, pisane z punktu widzenia człowieka, który, stojąc niejako z boku religii, wspomina papieża-Polaka z sentymentem, w którym nie ma miejsca na wyścig pomników i ulic imienia JPII.

Fado to książka, którą – gdy się w nią już wgryzłam – chciało mi się czytać. Strony zapełnione słowami, które pachną dawnością i płynącym z przeszłości do dziś czasem, były czymś w rodzaju odprężenia. Zwłaszcza biorąc pod uwagę fakt tegorocznej NIKE, której laureatkę poznaliśmy kilka dni temu.

Wrzesień 30, 2006

Namiętnik (M. Gretkowska)

Filed under: Nowa proza polska,Proza XX wieku — marczewska @ 5:23 pm

Gretkowska jest autorką, którą sobie dawkuję. Powróciłam do niej po kilku latach przerwy. Kiedyś przeczytałam prawie wszystko, potem wyszła Europejka, połknęłam, po czym resztę zostawiłam sobie „na później”.

W ramach powrotów sięgnęłam po Namiętnik, zbiór pięciu opowiadań, których cechą wspólną jest miłość, ukazana w różnych wymiarach. Tytułowa bohaterka pierwszej opowieści to młoda, samotna kobieta, która szukając trwałego uczucia wśród różnych mężczyzn popada z wolna w anoreksję. Rezygnacja z jedzenia staje się powoli celem samym w sobie, dominując całkowicie nad kwestią uczuć – a może je zastępując?

Latin Lover przywołuje problem miłości, która nie jest już możliwa: zagłusza ją pędzący wokół nas świat, szum cywilizacji, pewne przewartościowania w kwestii kobiecości i kobiecych praw. Szczęścia nikomu nie uda się tu osiągnąć: zbyt wiele jest w nas egoizmu i skłonności do samozatracenia.

Tytułowe opowiadanie to zapis miłości fizycznej, chciałoby się rzec: relacja z bliskości dwojga kochanków. Rolę ilustracji pełni tu piętnastowieczna rycina, przedstawiająca splecioną ciałami parę królewską.

Mur, zapewnie dzięki klasztornej scenerii, przywodzi nam na myśl jedno z opowiadań Scen z życia pozamałżeńskiego. Mamy tu nie tylko problem miłości, ale również wiary w Boga i konfliktu człowieka z samym sobą.

Opowiadania końcowe, Ikona, rozpoczyna się wspomnieniem Józefa Czapskiego, w rzeczywistości jednak jest historią starego rosyjskiego arystokraty, opanowanego obsesją handlu ikonami. W czytaniu przyjemne, „bardzo Gretkowskie”, choć w moim odczuciu końcowe sceny przystają do całości jak pięść do nosa – Autorka nie miała chyba pomysłu na zakończenie.

Ogólnie książkę czyta się dobrze i szybko. Intelektualny, czasem wulgarny język, bezpruderyjność połączona z jak zwykle szerokim horyzontem myślowym Gretkowskiej – wszystko to stawia Namiętnik co prawda nie na pozycji dzieła absolutnie wyjątkowego, jednak na tym lepszym brzegu współczesnej polskiej literatury.

Wrzesień 29, 2006

Piramidy (T. Pratchett)

Filed under: Fantasy — marczewska @ 1:07 am

Okazuje się, że Pratchett to autor nie tylko książek, przy których można boki zrywać. Czytając Piramidy od razu zauważamy zmianę stylu – wszystko jest tu jakby bardziej serio, akcenty humorystyczne zostały zdecydowanie przesunięte, wysuwając na plan pierwszy konkretną, spójną i dość poważną opowieść. Czy książka ta jest trochę inna „tak po prostu”, czy może jej styl, tak bardzo w porównaniu z innymi tomami cyklu, to element tworzący świat przedstawiony utworu?

Tym razem Autor przenosi nas do pustynnej krainy Djelibejbi (dosłownie: Dziecię Djel, jak informują przypisy), do złudzenia przypominającej cywilizację starożytnego Egiptu, tak z zewnątrz (piaski i piramidy), jak i od środka, z uwzględnieniem problemu władzy, którą rzekomo sprawuje król i bóg w jednej osobie, w rzeczywistości zaś – przebiegły i szalony najwyższy kapłan. Opowieść o młodym monarsze, który swą młodość spędził w szkole dla skrytobójców, duchu jego ojca, który sprzeciwia się budowom kolejnych piramid (na które państwa nawet nie stać), wreszcie gigantycznym grobowcu, powodującym dość poważne zawirowania czterech wymiarów kończy się jak zwykle dobrze, a mimo nieco mniej humarystycznej formy Autora nadal nie da się pomylić z żadnym innym.

Moja ocena w Biblionetce – 4.

Wrzesień 27, 2006

Cukier w normie z ekstrabonusem (S. Shuty)

Filed under: Nowa proza polska — marczewska @ 12:23 am

Do książki podeszłam z pewną rezerwą. Po pierwsze, znałam już wcześniej styl Shutego i wiedziałam mniej więcej, czego się spodziewać. Liczyłam na zbiór antykonsumpcyjnych opowiadań w nieco przesadzonej formie. Po drugie, należę do malkontentów, narzekających na stan współczesnej literatury polskiej. Co nie oznacza oczywiście, że jej nie lubię, a już na pewno – że jej nie czytam.

Jeśli chodzi o moje przewidywania, to można powiedzieć, że się nie rozczarowałam. Zbiór kilkudziesięciu opowiadań Shutego składa się na obraz typowego Polaka, czy raczej: osobnika, którego jako typowego chce nam przedstawić Autor. Sceneria poszczególnych zdarzeń to szare blokowiska, zaś bohaterowie są przeważnie przedstawicielami środowiska małomiasteczkowego czy wręcz dresiarskiego. Wszystko jest tu brudne, jednostajne i bylejakie. Dlatego właśnie sąsiedzi tak bardzo interesują się życiem tych zza ściany – oczywiście we wredny, zawistny sposób. Pan Heniek, poproszony przez młodych małżonków mieszkających w tej samej klatce o podlewanie kwiatków podczas ich urlopu, penetruje dokładnie mieszkanie, korzysta z barku i onanizuje się w cudzej łazience, by wróciwszy do siebie opisać przed żoną mieszkanie sąsiadów jako miejsce, gdzie „wcale tak dobrze nie ma jak u nich”. Pan Gienek usiłuje namówić za wszelką cenę mieszkających w okolicy chłopców do odwiedzin w jego mieszkaniu, dość niezgrabni ukrywając pedofilskie skłonności. Pani Tańculowa to starsza pani z klasycznego gatuku pod tytułem „młodzież jest zła”, natomiast sąsiedzi Jurka i Magdy cieszą się, że młode małżeństwo nareszcie doczekali się potomka, bo będzie na kogo wrzeszczeć.

Po przeszło dwustu pięćdziesięciu stronach tekstu odnosi się wrażenie, że w świecie Shutego ktoś taki jak bohater pozytywny nie istnieje, chyba że przyznamy ten status biednym żonom, tłamszonym przez chamskich współmałżonków. Bluzgi, pijaństwo i perwersje są tu na porządku dziennym. Ciężko tu jednak mówić o jakiejś goryczy czy sprzeciwie wobec rzeczywistości: autor ogranicza się do relacji, jego stanowisko jest absolutnie pozbawione cech emocjonalnych, działa niczym ukryta kamera (skądinąd bohaterka jednego z opowiadań).

W dwóch opowiadaniach Shuty poddał się popularnej chyba tendencji do korzystania z elementów science-fiction, jednak opowiadanie o kosmitach przybywających na ziemię w misji rzekomo pokojowej wydaje się nienaturalne i jakby „na siłę”, natomiast opowieść o pizzerii oferującej gorące kobiety-chyba-maszyny jako dodatek do swojego produktu jest raczej niejasne i zbyt zagmatwane, by mogło się naprawdę podobać.

Na niewątpliwą uwagę zasługują dwie pozycje: Ewolucja i Miejski kraul. Pierwsza stanowi bardzo dowcipną opowieść o człowieku, kończącym zawodowe kursy wykształające kreatywność, zdolności negocjacyjne, umiejętność pracy w zespole i inne tego typu umiejętności. Bohater został tu ukazany jakby poprzez dwa pryzmaty: za pośrednictwem jednego widzimy niewątpliwie rozwijającego się na rynku pracy człowieka, poprzez drugi zaś – małpkę, która uczy się w zoo kolejnych sztuczek, pozwalających jej nawiązać lepszy kontakt z odwiedzającą zoo publicznością.

Miejski kraul to opowieść o mieście brzydkim i nijakim, przy czym język opowiadania utrzymany jest w konwencji czytanek znanych nam wszystkim z wypisów do pierwszej klasy podstawówki. Shuty ukazuje społeczność mieściny w sposób ironiczny i bezwzględny, posługując się językiem dziecięcych podręczników

Mimo kilku mocnych punktów książka mnie nie porwała – jest raczej nierówna, przechodzi od banału, poprzez przeciętność, aż do zaledwie kilku naprawdę wartych uwagi opowiadań. Niemniej z pewnością chętnie sięgnę po kolejnego Shutego, jako że – mimo iż w Biblionetce dałam 3 – jakoś go lubię.

Następna strona »

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.