Je suis

Kwiecień 10, 2007

Sól ziemi (J. Wittlin)

Filed under: Proza XX wieku — marczewska @ 5:05 pm

Do przeczytania Soli ziemi skłonił mnie lekturowy obowiązek. Książkę tę znałam od dawna: odkąd sięgam pamięcią stała na półce jako część składowa księgozbioru rodziców. Po wielu latach tego platonicznego związku sięgnęłam i… nie żałuję.

Przenieśmy się w początki dwudziestego stulecia, w zróżnicowane realia dumnego cesarstwa Austrii i Węgier, prowadzonego poprzez karty historii osobą i legendą Franciszka Józefa. Za teren naszych obserwacji obierzmy skrawek ziem podlegających owej monarchii – Huculszczyznę zamieszkaną przez prostych, ukraińskich chłopów, wśród których umiejętność czytania zalicza się do zbytków, a nawet wynalazków szatana. Spójrzmy teraz na kalendarz i dostrzeźmy owych chłopów, a szczególnie jednego – Piotra Niewiadomskiego – przez pryzmat czasów, w jakich przyszło im żyć. W obliczu mobilizacji, w pierwszych tygodniach wojny światowej w roku 1914, Hucuł – analfabeta to postać odbiegająca od naszych wyobrażeń o bohaterze swoich czasów. A jednak to on, wraz z rzeszą sobie podobnych chodzi w skład ogromnej, cesarsko-królewskiej armii, której bagnety wymierzone mają być w znajdujących się po przeciwnej stronie barykady Rosjan.

Książka, opisująca przede wszystkim reakcje Piotra i jego przygotowania do wyruszenia na wojnę jest niewątpliwie klimatyczna. Spokojna, pozbawiona patosu, za to do bólu realna, przywodzi na myśl prozę Rotha (skądinąd przyjaciela Józefa Wittlina). Czyta się dobrze; pozwala odpłynąć ze współczesnego świata i zasmakować klimatu cesarsko-królewskiego.

Ocena w Biblionetce: 5.

Reklamy

Marzec 26, 2007

Pachnidło (P.Sueskind)

Filed under: Klasyka obca,Proza XX wieku — marczewska @ 11:11 pm

Gdyby ktoś zapytał mnie wprost, czego się spodziewałam sięgając po „Pachnidło”, zapewne ciężko byłoby mi odpowiedzieć jednoznacznie. Wiem tylko, że spodziewałam się dobrej książki. Po przeczytaniu licznych, pozytywnych relacji w Sieci, jak również kierowana tym, iż na UJ książka ta była przerabiana w ramach przedmiotu „Arcydzieła literatury światowej” (program na ten rok objął bodajże osiem książek, w tym wspomnianą tu), sądziłam, iż przeczytam coś naprawdę wartego zainteresowania.

Niech miarą mojego rozczarowania będzie fakt, iż książkę tę czytałam około dwóch tygodni, czasem zaledwie po kilka stron dziennie.

Zacznijmy od początku. Autorem jest Patrick Sueskind, Niemiec. Tymczasem akcja powieści rozgywa się we Francji, w tym w dużej mierze w Paryżu. Jakkolwiek nie chcę negować możliwości, aby Niemiec pisał o Francji, muszę z ubolewaniem stwierdzić, iż tym razem sprawa nie zdała egzaminu. Paryż Sueskinda nie ma nic wspólnego ze stolicą Francji jaka wyłania się spod pióra Victora Hugo, Julio Cortazara czy nawet polskich autorów, tak przejmująco oddających klimat Paryża (wymóg ten spełnia tak poetka Julia Hartwig jak i znana wszystkim współczesnym Manuela Gretkowska). Powiem więcej: Paryż rodem z „Pachnidła” jest dla mnie wytworem zupełnie sztucznym, pozbawionym jakiejkolwiek atmosfery miejscem, która poza nazwą, smrodem i grupą bohaterów (z których większość ginie w sposób co najmniej bezsensowny) nie zawiera kompletnie niczego.

Bohater powieści, młody Jan Baptysta Grenouille to postać prowadzona przez autora co najmniej niekonsekwentnie. Skazany przez swojego twórcę na życie we własnym świecie, obdarzony niesamowitym węchem młodzieniec żyje marzeniami o zapachach. Gustuje nie tylko w tych pięknych: destylacji pragnie poddawać tak kwiaty, jak i surowce typu metal czy szkło. Według książki nie jest osobą inteligentną: jest dość ograniczony, ma problemy z mówieniem spowodowane niezwykle ubogim zasobem słów, którymi może się posługiwać. Nie przeszkadza mu to jednak najwyraźniej w snuciu intryg i popełnianiu mordów doskonałych, jak również dokonywaniu istotnych odkryć w kwestii produkcji perfum.
Również wątki akcji dotyczące życia Jana Baptysty nie są do końca jasne. W pewnym momencie bohater wyrusza w świat i na siedem lat osiada w skalnej grocie, z dala od budzącej w nim odrazę ludzkiej cywilizacji. Po co i dlaczego to właściwie robi – ciężko powiedzieć. Argument, że pragnął samotności, wygląda dość marnie w zestawieniu z jego poprzednią rządzą zdobywania zapachów i zniewolenia przez zapach młodej, zamordowanej dziewczyny. Obraz zapuszczonego mężczyzny, który przez siedem lat nie zdejmował z siebie ubrania wygląda nieco komicznie i każe się zastanawiać, czy autor na pewno wszystko do końca przemyślał.

Jedno jest pewne: przy kreowaniu głównej postaci w autorze musiały dość silnie pobrzmiewać echa „Katedry Marii Panny w Paryżu” autorstwa Victora Hugo. Grenouille to tak naprawdę inne wcielenie Quasimodo, może nieco okrutniejsze, choć tak naprawdę trudno powiedzeć, że Jan Baptysta to człowiek zły. Jest raczej osobą zamkniętą w swoim świecie, poddaną wyłącznie swoim własnym prawom. Wynika z tego dość dobre zakończenie książki: pojawia się tu wreszcie konkretna intryga, fabuła trzyma się kupy, a czytelnik zastanawia się, co będzie dalej. Sueskind na ostatnich kartach książki zdążył pozytywnie wykorzystać swój w końcu niezły pomysł na powieść.

Na kartach „Pachnidła” uderza narracja. To, co przeważa, to fakt, że brak jej jakichkolwiek cech wyjątkowych. Tym niezdarniej wyglądają na tym tle próby stylizacji języka (np. na język biblijny we fragmencie o jaskini w górze, gdzie zamieszkał bohater). Czasem drażni składnia, zdania bezsensownie długie, nie służące absolutnie żadnemu zabiegowi artystycznemu.

Nie polecam nikomu „Pachnidła”. Zrobią to za mnie dziesiątki internetowych wypowiedzi i pozytywne oceny czytelników.

Ocena w Biblionetce: 2.

Wrzesień 30, 2006

Namiętnik (M. Gretkowska)

Filed under: Nowa proza polska,Proza XX wieku — marczewska @ 5:23 pm

Gretkowska jest autorką, którą sobie dawkuję. Powróciłam do niej po kilku latach przerwy. Kiedyś przeczytałam prawie wszystko, potem wyszła Europejka, połknęłam, po czym resztę zostawiłam sobie „na później”.

W ramach powrotów sięgnęłam po Namiętnik, zbiór pięciu opowiadań, których cechą wspólną jest miłość, ukazana w różnych wymiarach. Tytułowa bohaterka pierwszej opowieści to młoda, samotna kobieta, która szukając trwałego uczucia wśród różnych mężczyzn popada z wolna w anoreksję. Rezygnacja z jedzenia staje się powoli celem samym w sobie, dominując całkowicie nad kwestią uczuć – a może je zastępując?

Latin Lover przywołuje problem miłości, która nie jest już możliwa: zagłusza ją pędzący wokół nas świat, szum cywilizacji, pewne przewartościowania w kwestii kobiecości i kobiecych praw. Szczęścia nikomu nie uda się tu osiągnąć: zbyt wiele jest w nas egoizmu i skłonności do samozatracenia.

Tytułowe opowiadanie to zapis miłości fizycznej, chciałoby się rzec: relacja z bliskości dwojga kochanków. Rolę ilustracji pełni tu piętnastowieczna rycina, przedstawiająca splecioną ciałami parę królewską.

Mur, zapewnie dzięki klasztornej scenerii, przywodzi nam na myśl jedno z opowiadań Scen z życia pozamałżeńskiego. Mamy tu nie tylko problem miłości, ale również wiary w Boga i konfliktu człowieka z samym sobą.

Opowiadania końcowe, Ikona, rozpoczyna się wspomnieniem Józefa Czapskiego, w rzeczywistości jednak jest historią starego rosyjskiego arystokraty, opanowanego obsesją handlu ikonami. W czytaniu przyjemne, „bardzo Gretkowskie”, choć w moim odczuciu końcowe sceny przystają do całości jak pięść do nosa – Autorka nie miała chyba pomysłu na zakończenie.

Ogólnie książkę czyta się dobrze i szybko. Intelektualny, czasem wulgarny język, bezpruderyjność połączona z jak zwykle szerokim horyzontem myślowym Gretkowskiej – wszystko to stawia Namiętnik co prawda nie na pozycji dzieła absolutnie wyjątkowego, jednak na tym lepszym brzegu współczesnej polskiej literatury.

Wrzesień 20, 2006

Weiser Dawidek (P. Huelle)

Filed under: Nowa proza polska,Proza XX wieku — marczewska @ 4:31 pm

Należę do osób, które uwielbiają prozę Pawła Huelle. To dzięki niej zbliżyłam się do Gdańska, zanim go jeszcze poznałm – przez dwadzieścia dwa lata to miasto było dla mnie totalnie obce, by w końcu przyjąć mnie u siebie w poprzednie wakacje. Spędziłam kilka tygodni w wydawnictwie, w którym ktoś przede mną robił korektę Castorpa. Podczas pierwszego, samotnego spaceru po porcie w Gdyni pomyślałam, że teraz już wiem, iż Huelle nie mógłby pisac swoich książek i opowiadań nigdzie indziej.

Właśnie to (jak również godziny spędzane nad korektą, indeksami i bieganiem po bibliotekach) przypomniały mi pierwsze stony Weisera Dawidka: niepowtarzalny klimat Gdańska, którego nie można pomylić z niczym innym. Doprawdy, Huelle nie musiał podawać nzwy miasta czy poszczególnych dzielnic – Gdańsk sam wychodzi spomiędzy jego słów, prześwituje przez kolejne strony. To jednak nie wszystko: Weiser Dawidek to nostalgia za dzieciństwem, światem, który z jednej strony pełen jest cudowności i magii (wtedy, gdy wszystko jeszcze potrafi zachwycić i wydać się niezwykłe, wręcz nadprzyrodzone), z drugiej zaś jest światem dość brutalnym, nie szczędzącym wrażliwemu dziecku łez (wszak pomoc, której chłopcy udzielili Żółtoskrzydlemu była właściwie wynikiem instynktu, dobrej woli najczystszej postaci, czymś zupełnie nieprzemyślanym, bez zważania na ewentualne konsekwencje). Jest to też powieść polityczna: akcja toczy się niejako na dwóch płaszczyznach czasowych. Pozostający zawsze tożsamym z narratorem bohater pierwszej, bliskiej współczesności, zwraca się w kierunku schyłku odległych lat pięćdziesiątych, na które przypada jego dzieciństwo i owe wyjątkowe wakacje, wokół których została zbudowana fabuła powieści. W tych dawnych, postsocrealistycznych czasach nauczycielem malego Hellera jest niejako M-ski – aktywny działacz polityczny; chłopiec też bardzo dobrze pamięta odobioną sumiastym wąsem twarz Stalina, która jeszcze kilka lat wcześniej zdobiła różne punkty miasta; zaś lokalny proboszcz w każdą niedzielę grzmi z ambony, strasząc wiernych karą bożą za sprzedawanie się złym idolom. Jest to też w pewnym sensie powieść o inności – Dawidek to chłopiec zupełnie inny od swoich rówieśników. O jego obcości decyduje zarówno sposób bycia (bardzo skryty i tajemniczy), jak i żydowskie pochodzenie,
Weiser Dawidek to książka dobra i łagodna – takie uczucia obudzila we mnie. Pozwoliła mi powrócić na dwa i pół dnia (tyle czasu trwała lektura) do lat dzieciństwa, późniejszego w stosunku do czasów Weisera o lat dwadzieścia kilka, a przecież nie tak zupełnie różnego. Ja również należę jeszcze do pokolenia dzieciaków (być może już ostatniego), dla których oranżada w szklanych butelkach stanowiła wartość samą w sobie (te butelki się potem sprzedawało i było z tego parę groszy).

Ocena w Biblionetce – 5.

Blog na WordPress.com.